Czy żyliście kiedyś z toksycznymi rodzicami? Czy wiecie, że rodzice mogą szkodzić własnym dzieciom? Kiedyś nawet nie myślałam, że jest to możliwe, a jednak, przekonałam się o tym na własnej skórze. Nie piszę w tej chwili o moich własnych rodzicach, chciałabym opowiedzieć o tym co działo się w momencie, kiedy poznałam swojego męża.
Jak wiadomo, zazwyczaj na początku każdego związku nie mamy styczności z rodziną wybranka i dopiero z czasem poznajemy wszystkich jej członków. Wszystkich nie znam do tej pory, mimo iż jesteśmy razem od pięciu lat, ale szczerze powiedziawszy, po tym co przeszłym, nie mam na to ochoty.

Zaczną od tego, że mój partner nie jednokrotnie wspominał, że w jego rodzinie, od śmierci taty, dzieje się źle. Nie chętnie odpowiadał na pytania na temat jego matki, jednak z pasją opowiadał o swoim zmarłym ojcu. Z jego opowieści wynikało, że wdał się w tatę, miły, uprzejmy, pomocny i pracowity. To cechowało mojego lubego. Wreszcie przyszedł czas na poznanie naszych rodzin, gdyż mieliśmy w planach wspólną przyszłość. Moich rodziców pominę, bo ten tekst nie jest o nich. Kiedy poznałam mamę mojego męża odniosłam wrażenie, że jest tak samo sympatyczna jak on. Ukochany jednak próbował utwierdzić mnie w przekonaniu, iż wszystko to jest grą pozorów. Czasem nawet spierałam się, że to nie prawda.

Postanowiliśmy, że razem zamieszkamy, bardziej trafnym stwierdzeniem byłoby, że to ja postanowiłam, bo mój kochany raczej niechętnie się do tego odnosił. W prowadziłam się do niego. Początkowo było wszystko rewelacyjnie. Jednak z czasem, a dokładniej w momencie, kiedy teściowa dowiedziała się, że będziemy mieli dziecko i bierzemy ślub, rozpętali się moje osobiste piekło. Teściowa zaczęła mnie ponieść na każdym kroku. Kiedy tylko mój niedoszły mąż wychodził do pracy ona mi dokuczała. Mój luby nie był tym zaskoczony, w końcu próbował mi to przekazać niejednokrotnie. Postanowiliśmy, że wybudujemy dom i się wyprowadzimy. Po roku byliśmy już na swoim. Jednak przygoda się nie skończyła, a wręcz przeciwnie. Matka mojego już męża wydzwaniała codziennie. Z prośbami, z groźbami, z płaczem. Nie wiem jak to zakończyć, jednak jej toksyczność wyniszczyła nas psychicznie. I naprawdę podziwiam mojego męża, że mimo tylu przejść potrafi być dobrym człowiekiem.